poniedziałek, 1 kwietnia 2019

ROZDZIAŁ XXVIII

[Isami] ujął jej podbródek w dwa palce. (...) [Następnie] nachylił się, po czym złożył pocałunek na jej ustach.

Zaskoczona w pierwszej chwili nie wiedziała, jak zareagować. Kapłan nigdy nie był zachłanny ani nie upominał się o swoje. Nie całował jej z pasją przy każdym spotkaniu, nie porywał ją w objęcia, nie zachowywał się jak kochanek. Obserwował ją, wspierał, radził, konsekwentnie zmniejszał między nimi dystans, ale robił to powoli i ostrożnie. Pewnie także ze względu na jej wiek. Jakby nie patrzeć, do niedawna była jeszcze dzieckiem. W jego oczach z całą pewnością wciąż nim pozostawała. Przynajmniej tak jej się zdawało. Teraz coś uległo jednak zmianie. Ledwo się pojawił, a przyciągał ją do siebie, jakby w obawie, że ktoś może mu ją zabrać, jeśli nie będzie trzymał jej wystarczająco blisko. Czyżby w końcu uznał, że z dziewczynki stała się kobietą, z którą mógł stworzyć bardziej romantyczną więź? A może faktycznie obawiał się, że ktoś mu ją zabierze. W końcu wiedział o Itachim. Czyżby poczuł się zagrożony? Poczuł presję i postanowił przyspieszyć tempo swoich poczynań, widząc, że nie jest jedynym, który próbuje zabiegać o jej względy? Szkoda jednak, że nie wiedział, że Uchiha znów stał się kamienną rzeźbą, więc nie musiał się o nic martwić. Przez chwilę przeszło jej nawet przez myśl, że powinna mu o tym powiedzieć.
Dziwnie się poczuła, kiedy zdała sobie sprawę, że podczas pocałunku z jednym mężczyzną rozmyśla o kimś zupełnie innym. Wymierzyła sobie mentalnego policzka. W jej mniemaniu wyglądało to tak, jakby dopuściła się zdrady, mimo iż w gruncie rzeczy jej związek ani z demonem, ani z człowiekiem nie został jeszcze oficjalnie przypieczętowany.
Odsunęła się od bruneta niemal siłą, kiedy ten przeciągnął pocałunek zbyt długo niemal ją podduszając. Zaczerpnęła łapczywie tchu i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Aż do tej pory mężczyzna zdawał się być bardziej skupionym na przygotowaniu porządnego fundamentu pod ich związek, jakim było budowanie zaufania i głębokiej przyjaźni. Udało mu się to. Dopiął swego. Teraz, kiedy najwidoczniej fundamenty zostały już wymurowane, czas było brać się za następne obowiązki, za wylewanie posadzki, murowanie ścian i wstawianie drzwi i okien. Wypadałoby w końcu pchnąć całą tę sprawę naprzód, gdyż niezaprzeczalnie przez ostatnich kilka lat guzdrali się niemiłosiernie. Pewnych rzeczy nie należało przyspieszać, jednak zbędne marnowanie czasu nigdy nie przynosiło lepszych rezultatów, a jedynie odwlekało nieuniknione. 
Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz czuła jego usta na swoich. Takie rewelacje zdarzały się rzadko, przez co właściwie niemal za każdym podobnym razem wracała myślami do ich pierwszego spotkania, kiedy miała wreszcie okazję przekonać się, że ten "książę z bajki", którego zazdrościły jej wszystkie kuzynki, naprawdę istnieje. Nie była przyzwyczajona i nigdy nie była gotowa na okazywanie zainteresowania w taki sposób. Zawsze na początku dawała się zaskoczyć i nie wiedziała, co zrobić, jak odpowiedzieć, jakby w kółko odtwarzali moment ich pierwszego spotkania. Najwyraźniej czas najwyższy było zmienić ten porządek rzeczy.
Chciała wydusić z siebie jakieś nieskładne pytanie, jednak głos uwiązł jej w gardle, kiedy spojrzała w jego oczy. Wielkie, złote, lśniące i ciepłe jak odprężająca kąpiel relaksująca spięte, nadwyrężone mięśnie. Choć może powinna mówić o tym fenomenie w liczbie pojedynczej, gdyż demon posiadał tylko jedno oko, w którym zachował widzenie. Drugie było ślepe i rozmyte, jakby zasnute mgłą. Niemniej, już jedna taka złota toń to było wystarczająco. Kiedy przeglądała się w niej, faktycznie miała wrażenie, jakby zanurzyła się w gorącej wodzie w wannie. Takiej mentalnej. Zrobiło jej się cieplej, stres i wiele trosk, które kołatały jej się po głowie, zostały zamknięte za drzwiami niematerialnej łazienki nie mając dostępu do dziewczyny podczas tej chwili prywatności, która zdawała się zdjąć z jej ramion ciężar odpowiadający wadze słonia. Mięśnie, dostosowując się do stanu jej umysłu i impulsów z niego wysyłanych, również się rozluźniły. Nagle jakoś zaczęło jej się łatwiej oddychać. Miała wrażenie, że jej oddech w końcu stał się równy i głęboki, taki jak powinien być, przez co z kolei wydawało jej się, że aż do tej pory karmiła swoje płuca wyłącznie skrawkami urywanych wdechów i wydechów. To była przyjemna odmiana.
Jednooki demon uśmiechnął się, a jego uśmiech szedł w parze z jego spojrzeniem. Ujmował za serce i rozgrzewał do tego stopnia, że jasnowłosa aż zadrżała w jego objęciach. Zrobiło jej się niemal błogo - do tego stopnia, że poczuła dziwną słabość w nogach, motyle w brzuchu i przyjemną lekkość w głowie, która zdawała jej się teraz kołysać i unosić jak balon na sznurku. Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że to jakaś sztuczka, że czymś ją potraktował podczas pocałunku. Ale to był Isami. On by jej czegoś podobnego nie zrobił, prawda?
Szukała w popłochu słów, jednak w jej głowie zionęła absolutna pustka, a usta byłyby zdolne do wydania z siebie wyłącznie bełkotu. Była o tym przekonana. Niemniej, wciąż szukała czegoś, co chociażby mogło uchodzić za racjonalne zdanie. Idąc za tropem, w kierunku którego wysłał ją - czy raczej posłał na kopach - dziedzic sharingana, była przekonana, że wiekowy demon również oczekuje usłyszeć coś od niej skoro doszło między nimi do pewnego rodzaju intymności. Odwróciła wzrok od tego basenu płynnego złota, żeby się skupić, żeby wyrwać się spod jego uroku. Chmara myśli z powrotem naleciała jej do głowy jak chmara komarów odsłoniętego wędrowca w lesie. Krwiożercze, czarne myśli obsiadły ją, podpowiadając, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi, Demoniczny Kapłan odwróci się od niej podobnie jak długowłosy.
- Nie musisz nic mówić - mężczyzna ubiegł ją, zabierając głos jako pierwszy. - Wystarczy, że cię widzę. Ufasz mi. Nie masz przede mną tajemnic. Wiem to. Widzę to w tobie. Dlatego mogę z ciebie czytać - zapewnił. - Słowa mogą być fałszywe, ale reakcje naszego ciała ciężko oszukać. Dlatego cenię sobie to, co widzę ponad to, co mogę usłyszeć - pogłębił uśmiech i ponownie nachylił się nad nią, żeby złożyć na jej ustach kolejny, tym razem krótki i delikatny pocałunek.
Na powrót się rozluźniła. Oparła głowę na torsie mężczyzny, który otoczył ją ramionami i pocałował w czubek głowy. Jego bliskość była kojąca. Jeśli to nie było szczęście, to nie wiedziała, jak ono smakowało. Czuła, że w końcu znajduje się we właściwym miejscu z właściwą osobą. Tak właśnie chyba powinno być, prawda? To przekonanie powinno ją utwierdzić w tym, że nareszcie znalazła tego, który jest jej przeznaczony i któremu ona sama jest przeznaczona... prawda?
Słowa Madary wciąż odbijały się jej echem w głowie: "Zbyt dzika. Nigdy nie miałaś założyć rodziny. Zawsze miałaś być sama.". A idź się wypchaj, panie nauczycielu od siedmiu boleści! Co ty o mnie wiesz? Ty i te twoje mądrości. Pff, nie potrzebowała ich. Nie powinna się nimi przejmować. W końcu Isami spojrzał w przyszłość wieki temu, wybrał ją na swoją żonę na podstawie cech wrodzonych, które razem dzielili, poświęcił w zamian za to oko, dostał tę wiedzę od jakiegoś bytu wyższego, o którego bała się nawet wypytywać, który był znacznie potężniejszy i posiadał znaczniej większą i rozleglejszą wiedzą niż przeklęty protoplasta Uchiha. Mogła mu zaufać. W końcu tyle na nią czekał. Musiał być naprawdę święcie przekonanym, że jest mu przeznaczona, skoro zdecydował się spędzić wieki w samotności tylko po to, żeby to właśnie ona mogła przyjąć tytuł jego żony. Bo Kapłan, w czynnej posłudze czy też nie, mógł ożenić się tylko raz i tylko jedna kobieta na raz mogła żyć z pomazańcami w Świątyni. To wszystko miało więcej sensu niż czcza gadanina z jakiejś racji wciąż żywego boga shinobi. Od Isamiego biło determinacją i zdecydowaniem. Udowodnił jej swoje oddanie swoim postępowaniem, podczas gdy Madara potrafił tylko gadać i mieszać jej w głowie. A czyny faktycznie zazwyczaj były ważniejsze od słów, prawda? Bo słowa można było rzucać na wiatr. Czynów już niekoniecznie.
To był kolejny powód, dla którego Itachi w jej mniemaniu zachował się co najmniej dziwnie. Wiedział, dlaczego unikała górnolotnych wyznań i przesadnego rozwodzenia się nad tematem własnych uczuć i emocji. Widział jej oddanie, a jednak w jakiś irracjonalny sposób czyny były w jego mniemaniu niewystarczające. Potrzebował jeszcze usłyszeć zapewnienia, że Daichi była mu oddana. Denerwował się i tracił temperament, obrażał się i traktował ją jak obcą osobę, mimo iż w gruncie rzeczy, w porównaniu do tego, ile on musiał na nią czekać do tego, ile czekał na nią wiekowy demon, on właściwie dostał wszystko w tempie ekspresowym. A mimo to narzekał, jęczał, prychał i kręcił noskiem. Cholerny, wygodnicki pańczyk.
Nie, stop. Wymierzyła sobie kolejny, mentalny policzek. Nie powinna myśleć o żadnych innych mężczyznach stojąc w objęciach Isamiego. W jakiś sposób wydawało jej się to niesprawiedliwe, a nawet gorszące.
Mimo wszystko nie mogła powstrzymać się od porównywania ze sobą dwóch, tak bliskich jej osób. Nie dało się ukryć, że jednooki demon był zwyczajnie "wygodniejszą" opcją. "Wygodniejszą" od samotności, która ciążyła jej w klatce piersiowej, w miejscu, w którym powinno znajdywać się serce niczym sporych rozmiarów kamień, która mroziła ją w nocy i wpędzała w nostalgiczne zadumy, zmuszała ją do snucia nierealnych mrzonek o przyszłości, które podsuwały jej wizje posiadania rodziny. Kapłan był "wygodniejszy" od dziedzica sharingana, gdyż wyjście za niego nie zmuszało jej do zrzucenia jej dystynktywnego imienia i wchłonięcia jej klanu przez inny. Demon nie kazał jej porywać się na własne słabości i pozwalał jej wygodnie milczeć po prostu trwając u jego boku i w ten sposób okazywać swoje oddanie. Małżeństwo z byłym pomazańcem pozwoliłoby jej na ucieczkę od obowiązków głowy rodziny i rozpoczęcie sielankowego życia w spokoju w Demonicznej Świątyni. Pod każdym względem przystanie na propozycję Isamiego - kiedy ten ją wreszcie złoży - wydawało się lepszym posunięciem niż dalsze ubieganie się i użeranie z długowłosym.
Przesunęła dłonią po policzku mężczyzny i oddała uśmiech, którym ten cały czas ją obdarowywał. Stanęła na palcach, przyciągnęła go do siebie zdecydowanym ruchem szarpiąc za poły jego ubrania i tym razem to ona zainicjowała pocałunek, próbując w ten sposób utwierdzić się w przekonaniu, że wnioski, do których doszła, były poprawne i prawdziwe.

*** 

Potarł twarz dłońmi w zmęczonym geście. Może był dla niej zbyt szorstki? Może przesadził? Z jednej strony przecież nie wymagał gruszek na wierzbie tylko odrobiny szczerości i otwartości z jej strony, ale z drugiej... przecież wiedział, jaka ona jest. Poza tym, niesiony na falach emocji poddał się chwili i powiedział, że jego propozycja jest już nieaktualna. W tym momencie zabrnął już chyba trochę za daleko. Zielonooka jeszcze była gotowa pomyśleć, że jej nie chce, że nie będzie się już dłużej nią interesował, że od tak, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, wymaże ze wspomnień wszystko to, przez co razem przeszli i co tak solidnie ugruntowało ich relację. Że pośle to wszystko do diabła i zacznie z kimś innym zupełnie od nowa. Jakby to jeszcze w ogóle było możliwe. Ona była jego jedyną możliwością. Wiedział to i miał nadzieję, że ona także, jednak teraz nie był pewien czy przypadkiem nie naruszył jej przekonania względem tej sprawy za mocno. Jeśli ubódł ją zbyt głęboko, znów się od niego odwróci. Ponownie wycofa się w cień, jeszcze bardziej zacieśni związki z demonami i zupełnie zacznie stronić od ludzi. A na to pozwolić nie mógł. Szczególnie teraz, kiedy wydawało mu się, że wreszcie udało mu się wyciągnąć ją z głębokich cieni własnej przeszłości i uprzedzeń ku słońcu i światłu nadchodzącego dnia, który, jak przewrotny los dobitnie im już nieraz udowodnił, może przynieść dosłownie wszystko, dlatego nie można było zamykać się na żadne z możliwości.
Usłyszał za sobą kroki. To nie były te konkretne kroki, które chciałby usłyszeć, ale nie narzekał. Rozpoznał gościa i właściwie to się zdziwił, gdyż Sasuke rzadko kiedy go odwiedzał i to w dodatku z własnej, nieprzymuszonej woli. Odkąd wkroczył w okres dojrzewania stał się bardzo mrukliwy, wycofany oraz łatwo się irytował. Zupełnie jak taka jedna blondynka, którą znał... Może to nawet nie burzliwy okres dojrzewania był winny zmianie zachowania chłopaka, ale zwyczajnie fakt, że ten "zainspirował" się jego koalicjantką i wziął z niej niezbyt dobry przykład?
- Przyszedł do ciebie zwój - odezwał się niechętnie i przekazał bratu wspomniany przedmiot. Nie wycofał się jednak zaraz po tym, tak jak to miał w zwyczaju, ale usiadł obok i czekał, wpatrując się w ogród oblany złotymi promieniami zachodzącego słońca.
- Mam rozumieć, że przyszedł otwarty? - zakpił.
- Nie, pozwoliłem go sobie otworzyć - młodszy nie próbował wywinąć się kłamstwem. - Też lubię być na bieżąco. Tym bardziej teraz, kiedy w wiosce dużo się dzieje - usprawiedliwił się.
- W takim razie może mi streścisz jego treść - odłożył dostarczoną wiadomość obok nie obrzucając jej nawet pobieżnym spojrzeniem. - Głowa mnie boli i nie mam nawet ochoty patrzeć na kolejne oficjalne korespondencje - przyznał z kwaśną miną, przykładając dwa palce do czoła, do punktu między brwiami i uciskając go.
- Homura i Koharu popełnili samobójstwo. Oboje popełnili seppuku, mimo iż znajdowali się w innych pomieszczeniach budynku pod nadzorem ANBU, co raczej przemawia za tym, że nie kontaktowali się ze sobą i podjęli tę samą decyzję samodzielnie. Mitokado zostawił także krótką notatkę tłumaczącą jego zachowanie. Napisał, że nie może już dłużej nosić miana shinobi - streścił. 
Długowłosy uniósł wysoko brwi zaskoczony zasłyszanymi wieściami. Przypomniały mu się ostatnie słowa, które wypowiedziała ociągająca się po skończonym posiedzeniu z Hokage Ochida do obalonych i zdjętych z funkcji radnych. Najwyraźniej mimo swojej upartości starcy wzięli słowa dziewczyny głęboko do serca. No kto by pomyślał, że tak się tym przejmą?
- To nie wszystko - odezwał się ponownie Sasuke. - Mam ci też do przekazania pewne wiadomości, które nie zostały zawarte w zwoju - odezwał się poważnie. - Po pierwsze, mieszkańcy stracili nieco zaufania do władz wioski. Kazałem zwiększyć ilość patroli policyjnych i ich czujność, ale nie wygląda na to, jakby miało dojść do jakiejś rewolucji - zaraportował. - Niemniej, mieszkańcy domagają się więcej autonomii względem wyboru ludzi, którzy ich reprezentują i którzy o nich stanowią. Chcą brać czynny udział w wyborze następnego Hokage i radnych.
- Niby jak zamierzają to zrobić? - lider klanu zdziwił się nie na żarty. Coraz więcej coraz dziwniejszych rzeczy miał mu do przekazania jego brat.
- Chcą głosowania. Widać, że grupka aktywistów nie utworzyła się wczoraj. Zbierali dzisiaj podpisy przechodniów, którzy zgadzali się z tą demokratyczną ideą. Zaskakująco dużo osób zapisało się na tę listę. Tsunade raczej nie będzie mogła odmówić. Inaczej podniesie się fala głębokiego niezadowolenia na dużą skalę, a społeczeństwo i tak jest już solidnie wzburzone, więc lepiej byłoby nie igrać z ogniem - przestrzegł.
- Na jakiej niby zasadzie miałyby odbywać się te wybory? - dopytywał.
- Postulaty zaniesione do biura Hokage wraz z wcześniej wspomnianą listą przewidywały, że mieszkańcy będą mogli nominować siebie lub innych na kandydatów na Hokage. Następnie oficjalna lista kandydatów ma zostać ogłoszona i podana do opinii publicznej. Tajne wybory odbędą się wyznaczonego dnia w danych ramach czasowych i każdy dorosły będzie mógł oddać głos na swojego faworyta. Wygrywa kandydat z największą liczbą głosów - wyjaśnił.
- Jakoś nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł... - mruknął nieprzekonany Itachi.
- Mnie też nie - Sasuke wzruszył ramionami. - Ale zdaje się, że nie mamy innego wyboru niż zaryzykować. Zdecydowana większość mieszkańców zgadza się z tym pomysłem.
- Nie uważasz, że przez to liczba kandydatów będzie idiotycznie długa? Szczególnie, kiedy ludzie zaczną składać własne kandydatury? - zapytał.
- Masz na myśli Yorimoto i jemu podobnych? - młodszy zamyślił się na moment. - Rozumiem twoje obawy, ale w gruncie rzeczy uważam, że większość tych chojraków jest tylko mocna w gębie. Są zadufani w sobie, ale się nie zgłoszą. Poza tym, weź pod uwagę, że niezależnie od tego, co taki Yorimoto sobie ubzdurał, nawet przystając na taki system, jego szanse na zostanie Hokage wcale się nie zwiększają. Bo kto niby na niego zagłosuje? On sam, może paru jego znajomków i krewnych, ale to wszystko. A na zwycięzcę musi głosować większość - zauważył.
- Może masz rację... - mruknął wciąż pełen obiekcji chłopak.
- Na chwilę obecną cały ten plan brzmi dla mnie co najmniej głupio, ale, tak jak mówiłem, musimy dać ludziom tego, czego chcą, żeby nie wybuchło ogólne niezadowolenie, które mogłoby być znacznie bardziej upierdliwe i prowadzić do buntów, puczów i kami-sama wie, czego jeszcze. Lepiej dmuchać na zimne. Możemy zaoferować, że damy temu pomysłowi szansę, że zobaczymy, co z tego wyjdzie, a jak będzie klapa, to nikt nie będzie nikogo winił i bezkrwawo wrócimy do starego porządku rzeczy - rozłożył ręce.
- Wydaje się, że nie mamy innego wyjścia - zgodził się starszy. - Dziękuję, że mnie o tym poinformowałeś. I dzięki, że zajmujesz się sprawami policji. Bez ciebie i teraz w dodatku bez Shisuiego nie poradziłbym sobie z natłokiem obowiązków - przyznał.
- To jeszcze nie koniec.
- Jeszcze coś? - zdziwił się ledwo powstrzymując się od przewrócenia oczami. Wyglądało na to, że w ostatnim czasie rewolucja goniła rewolucję, a to było już ździebka męczące.
- Tu akurat nie będę się już rozwodził. Kiedy wracałem do domu ktoś kazał mi po prostu przekazać ci, że jakiś Isami przybył do Ochidy - wzruszył ramionami. Itachi drgnął i niespodziewanie stężał. - Co się stało? - zaniepokoił się. - Zdaje się, że to właśnie na tę wiadomość zareagowałeś najgwałtowniej, mimo iż oczekiwałem czegoś zupełnie innego - wyznał. - Kim jest ten cały Isami i dlaczego jego pojawienie się przyprawia cię o tiki nerwowe, bracie? - zainteresował się.
Długowłosy nie odpowiedział tylko zasępił się głęboko. Jakim cudem Demoniczny Kapłan opuścił Świątynię? I w dodatku przebył taki kawał drogi? Swoją drogą, trzeba było mu przyznać, że miał facet wyczucie czasu. Musiał pojawić się akurat teraz, kiedy jego stosunki z Chiką przeżywały swoisty kryzys. Zaiste wspaniale. I wtedy przypomniał sobie to, jak zachował się demon, kiedy opuszczali Demoniczną Świątynię. Przymrużone powieki, które mogłyby sugerować irytację, które w ogóle nie szły w parze ze spokojnym wyrazem twarzy. Jego ekspresja, która jasno dawała mu do zrozumienia: "Czas pokaże.". A co pokaże? Pokaże, co ten stary diabeł wykombinował. Bo, odkąd przeszedł na emeryturę i nie pełnił już czynnej posługi, Uchiha nie wątpił, że Kapłan miał dużo czasu na prowadzenie rozmyślań, planowanie i knucie. On jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Wiedział, że kiedyś upomni się o swoją narzeczoną, jednak chwilowo zapomniał o odgrażającym się demonie, gdyż sprawa z Danzou była dla niego wystarczająco absorbująca. Ale teraz wrócił. Jego zmora wróciła, a chłopak zmuszony był podjąć jej wyzwanie raz jeszcze - z tą drobną różnicą, że tym razem nie grali jak równy z równym tylko on startował z przegranej pozycji - i to na własne życzenie, bo sam był na tyle głupi, żeby nagadać Chice rzeczy, które mogą teraz zaważyć na jej ostatecznej decyzji. Cudownie.
Czy był tu gdzieś jakiś wolny skrawek muru? Bo dziedzic sharingana z jakiejś racji nabrał nagle wielkiej fantazji, żeby walić w niego głową. Najlepiej do nieprzytomności.

*** 

- Potrzebujesz oka z bramy dla przyjaciela? - zdziwił się demon.
- Tak, Danzou pozbawił go prawego oka, a on też jest z klanu Uchiha - wyjaśniła. - Bez obojga oczu jego zdolności bitewne znacznie spadną. Nie wspominając już o tym, że szkoda byłoby osłabić tak wspaniałego shinobi, który włada jednym z najpotężniejszych genjutsu, o jakim w ogóle słyszałam - przyznała z uznaniem.
- Znowu Uchiha, co? - westchnął. Kobieta spojrzała na niego błagalnie. - Wiesz... ostatecznie to człowiek. Z Itachim było inaczej. Byliśmy w wyjątkowej sytuacji, a ja byłem u kresu sił, podczas gdy Amane wciąż mógł walczyć. Powiedzmy, że poniekąd potrzebowałem zmiennika - odetchnął głęboko. - Ostatecznie nie powinniśmy mieszać się w ich sprawy. Ludzie od zawsze mieli jakieś zamiłowanie do zamieniania swojego życia w piekło - rozłożył bezradnie ręce. - Moim zdaniem i tak zrobiłaś już dla nich za dużo. Namówiłaś Orochimaru do współpracy przekupując go przedmiotem, który może i posiadał stosunkowo niewielką wartość, ale wciąż należy do naszej dziedziny. Nie powinniśmy mieszać się w sprawy ludzi, tak jak i oni w nasze, póki nie ma ku temu żadnego dobrego powodu. Shimura był człowiekiem, podobnie jak i wszyscy członkowie klanu Uchiha oraz wioski Liścia. Właściwie nie powinno cię to obchodzić, co się między nimi dzieje - przyznał lekko skrzywiony.
- Nie zapominaj, że ja też mieszkam w tej wiosce, więc wszystko, co się w niej dzieje bezpośrednio lub też nie przekłada się na komfort życia moich ludzi - zaznaczyła. - Poza tym, Danzou był niebezpiecznym człowiekiem. Wierzę, że mój klan był następnym do usunięcia na jego liście.
- Nie przeczę temu. Nie mówię, że zrobiłaś źle pozbywając się tego człowieka. Mówię tylko, że powinnaś przestać próbować uleczyć ten świat za wszelką cenę. Ludzie szybko przyzwyczajają się do dobrego i wkrótce będą wymagać od ciebie cudów na każdym kroku. A czynienie cudów daje ci zazwyczaj mocno w kość - cmoknął niezadowolony. - Poza tym, zaczną drążyć temat, a skąd to oko, a jak on wyzdrowiał... Będą chcieli znać odpowiedzi, żeby następnym razem poradzić sobie z podobnym problemem w pojedynkę. Albo lepiej. Przestaną mieć poszanowanie dla własnego życia i zdrowia, bo przecież w pobliżu zawsze znajdzie się ktoś, kto znajdzie ci jakieś oko, rękę, nerkę czy wątrobę zdobytą w humanitarny sposób do przeszczepu - przewrócił oczyma. - Uwierz mi, spotkałem już takich ludzi na swojej drodze. Ty chcesz dla nich dobrze, a oni na tobie żerują. Tym bardziej jest to niebezpieczne dla ciebie; dla osoby, która za wszelką cenę stara się wszystkim dogodzić lub przynajmniej wszystkich ocalić nie bacząc na własne koszta - podsumował.
- Chyba mnie z kimś pomyliłeś... - prychnęła.
- Udajesz obojętną, ale tak naprawdę zawsze przejmujesz się cudzym stanem i walczysz dla innych, nawet jeśli w walce samej w sobie nie ma żadnej korzyści dla ciebie. Narażasz się dla innych i to mnie martwi. Bo kto będzie narażał się dla ciebie? Czy myślisz, że gdyby to tobie Danzou wydłubał oko, któryś z Uchiha pomógłby ci w tej sprawie? - spojrzał na nią wymownie.
- Nie mieliby za bardzo, co z tym zrobić...
- Bronisz ich - pokręcił głową z dezaprobatą. - Możliwe, że masz rację, ale w gruncie rzeczy bronisz ich biernej postawy. Wiesz, że żaden z nich nic by w tej sprawie nie zrobił i właściwie zaakceptowałabyś taki stan rzeczy usprawiedliwiając ich ze względu na to, że są tylko ludźmi, że ich możliwości są ograniczone, że nie mają dostępu do bramy Demonicznej Świątyni i tak dalej... dlaczego zatem w taki sam sposób nie zaakceptujesz, że ludzie są głupio brutalni i wyrządzają sobie wzajemnie krzywdę? Okaleczają się, a ty nie masz obowiązku ich leczyć i ubolewać nad ich stanem za każdym razem, kiedy się skaleczą - próbował przemówić jej do rozsądku. - Pozwól im być po prostu ludźmi i nie próbuj leczyć ich na sposoby, które są zarezerwowane dla demonów. W ten sposób za bardzo się odsłaniamy i wkrótce będziemy mieć problemy - przestrzegł. - Po prostu naucz się przechodzić obojętnie ponad ich krzywdą, tak, jak zrobiliby to oni, gdybyś to ty straciła oko - zakończył dość chłodno.
- Nie mogę mierzyć ich tą samą skalą! Sam przecież powiedziałeś, że ludzie są znacznie bardziej ograniczeni i nie mają dostępu do wielu źródeł, z których my korzystamy. Nie chcę zbawiać świata, ale po prostu pomóc przyjaciołom. Tym bardziej przyjaciołom w potrzebie, którzy pomogli mi wiele razy w przeszłości i wiem, że akurat oni nie przeszliby obojętnie nad moją krzywdą - argumentowała.
- Nie jestem przekonany. Uważam, że sami powinni poradzić sobie z tą sprawą we własnym zakresie. Wypadki i tragedie się zdarzają. Czasem trzeba nauczyć się z tym żyć - pozostawał nieprzejednany. - Nie myśl, że po prostu jestem zachłanny i uważam, że wszystkie te oczy należą do mnie. Gdyby to tobie stała się krzywda, bez wahania ruszyłbym ci z pomocą. Ale jeśli chodzi o jakiegoś zwykłego człowieka... - urwał na moment. - Nie mam tak naprawdę żadnego dobrego powodu, żeby ruszyć w jego sprawie chociażby palcem. Ponad to, pozostaje kwestia dostarczenia organu. Jeśli teraz wróciłbym do Świątyni zapewne zostałbym zatrzymany przez moich "dozorców" i zaspany gradem pytań, gdzie byłem i co robiłem. Zostałbym zmuszony do napisania sprawozdania grubości encyklopedii, a później zapewne musiałbym czekać aż łaskawi możni zaznajomiliby się z tą lekturą i zadecydowali, co dalej ze mną robić. W gruncie rzeczy ich decyzje mnie nie dotykają, ale dalej jestem uwikłany w ich gierki polityczne - przyznał. - Jeśli teraz nagle pojawię się w Świątyni i wezmę oko bez słowa, proces zadawania bezsensownych pytań będzie jeszcze dłuższy i jeszcze bardziej upierdliwy - westchnął.
- A nie mógłbyś wysłać mnie portalem do Świątyni? Gdybym wyłupała oko w nocy, prawdopodobnie nikt by się nawet nie zorientował - rzuciła pomysłem.
- Nie ma nawet takiej opcji! - zaprotestował ostro. - Nie wytrzymałabyś w Wymiarze Wyższym nawet chwili! - energicznie zamachał rękami w powietrzu na znak protestu. - Wysokie stężenie mocy i inna struktura atmosfery w tamtym miejscu rozerwałaby ci płuca i wycisnęła mózg nosem - pokręcił głową. - Poza tym, brama potrafi się bronić. Zaatakowałaby cię, gdybyś spróbowała coś z niej ukraść. Tylko Kapłan może w bezpieczny sposób zabrać z niej oko. Ponad to, i tak nie wiedziałabyś, które oko jest dobre. Niektóre oczy są już stare, niemal ślepe lub posiadają jakieś defekty. Tym bardziej w ciemności nie byłabyś w stanie tego rozróżnić - wyjaśnił.
- A Amane? Czy on nie mógłby ci jakoś dostarczyć oka? - drążyła temat.
- Cóż... poniekąd mógłbym zostawić mu wiadomość w Wymiarze w miejscu, które wiem, że i tak odwiedzi i przekazać mu instrukcje, a później kazać mu zostawić oko w umówionym miejscu, żebym mógł je odebrać, ale prawdę mówiąc wciąż nie jestem pozytywnie nastawiony do całego tego pomysłu - upierał się. - To człowiek, Chika. Nie powinniśmy mieszać w jego życiu. Nie tylko ze względu na politykę naszej rasy, ale także ze względu na los. Dobrze wiesz, że kiedy jedna dziedzina zaczyna zbyt mocno ingerować w sprawy drugiej, dochodzi do nieszczęść. Mamy na to masę dowodów z przeszłości. To podstawowa wiedza, którą odbiera każdy dzieciak, nawet taki urodzony w najniższym demonicznym kręgu. Nie każ mi przypominać ci o tak fundamentalnych sprawach - zrugał ją z lekka krzywym spojrzeniem.
- Ale to mój przyjaciel!... - jęknęła. - Mój mentor i...
- I z tej racji zamierzasz majstrować przy jego fatum? Wiesz jak to się może dla niego skończyć?
- Źle - burknęła.
- Fatalnie - poprawił ją. - Nie znam tego człowieka, więc ciężko mi o nim mówić, ale jeśli nie jest wystarczająco silny psychicznie, a dam mu oko demona, możliwe, że zacznie widzieć rzeczy podobne do nas. Otworzy trzecie wewnętrzne oko i dojrzy swoje ciemne strony, które przybiorą humanoidalną formę. Jeśli nie nauczysz go, jak z tym walczyć i jak się przed tym bronić, zwariuje i umrze w cierpieniach. Ryzyko jest duże. Tym bardziej, że nigdy nie możesz w pełni oszacować siły psychicznej drugiej osoby do końca. Itachi miał prawdopodobnie więcej szczęścia niż rozumu. Jego przeszczep przyjął się bez problemu prawdopodobnie dzięki zasłudze okoliczności, w jakich wtedy się znaleźliśmy. Uchiha był skupiony na walce i prawdopodobnie jego demon nie miał nawet szansy się z nim skontaktować, a wewnętrzne oko pozostało zamknięte. A co będzie z Shisuim? Nie mogę nic przewidzieć - rozłożył ręce. - Co jeśli otworzy oko i będziesz musiała nauczyć go, jak walczyć o życie we własnym umyśle każdego dnia? Pamiętasz własny trening. Ciągnął się latami i zmusił cię do odseparowania się od innych na dłuższy czas. Myślisz, że teraz masz wystarczająco ów czasu, żeby wyszkolić go w podobny sposób? Że masz wystarczająco wprawy, motywacji i oddania? Że on ma wystarczająco samozaparcia, żeby się nie poddać? Bo musisz wziąć też pod uwagę, że niezależnie od twoich szczerozłotych chęci, on może przeżywać coś zupełnie innego niż ty, że będzie sięgał dna i kopał w nim, żeby dobrnąć do czegoś jeszcze głębiej pogrzebanego, straszniejszego, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego, że będzie mieć kryzys jeden za drugim, co będzie ciężkie nie tylko dla niego, ale i dla ciebie. Właśnie ze względu na to, że ci na nim zależy - wytłumaczył. - Myślisz, że naprawdę jesteś gotowa, żeby przeprowadzić i siebie, i jego przez to piekło? - upewnił się.
- Nie... - przyznała niechętnie.
- No właśnie. Też tak myślę - zgodził się. Między nimi zapadła na moment chwila martwej ciszy. - Choć tu - przyciągnął ją bliżej do siebie na bielonej, drewnianej, bujanej ławce ogrodowej, na której przesiadywali. - I przestań zamartwiać się jego stanem. To nie twoja wina. Nie na wszystko da się coś zaradzić. Czasem trzeba zaakceptować pewne rzeczy takie, jakie one są i nauczyć się z nimi żyć. Trzeba nauczyć się się brać poprawkę na ryzyko, bo w innym wypadku masując przyjacielowi obolałe plecy, możesz mu złamać kręgosłup. A to już bardziej problematyczna dokuczliwość - uśmiechnął się krzywo, jednym półgębkiem.
- Może masz rację... - mruknęła, wzdychając ciężko.
- Na pewno mam - pozwolił jej ułożyć głowę na własnych kolanach i zaczął przeczesywać palcami jej długie, jasne włosy. - Postaraj się nie zaprzątać sobie tym za bardzo głowy. Masz wystarczająco własnych zmartwień.
- Może... - mruknęła ponownie bez przekonania, kiedy nagle ją olśniło. - A właśnie! Odnośnie zmartwień! Miałeś mi powiedzieć, dlaczego Madara nie leży jeszcze dwa metry pod ziemią! - przypomniała sobie.
Oczywiście opowiedziała Isamiemu o spotkaniu protoplasty Uchiha i o tym, że ten przedstawił jej się jako ronin, który niegdyś ją trenował. Czuła się o wiele lżej, kiedy wreszcie mogła zrzucić z siebie ten ciężar i porozmawiać z kimś o nawiedzającym ją, zaskakująco krwistym i materialnym duchu boga shinobi. W końcu mogła być z kimś w pełni szczera. Co ciekawe, kiedy demon usłyszał o tym po raz pierwszy nie zdziwił się nawet za bardzo. Niestety, poprzednim razem ich rozmowa została przerwana, przez co dziewczyna nie dowiedziała się w końcu, jakim cudem Madara wciąż znajdywał się wśród żywych.
- Czerpie energię z posągu Gedou - odparł. - Doszły mnie słuchy, że ktoś przyzwał Demoniczną Statuę Zewnętrznej Ścieżki zapieczętowanej w księżycu, ale nie interesowałem się tym za bardzo, bo to w końcu tylko pusta skorupa. Wylinka Istoty Wyższej - odezwał się obojętny.
- Chwila... a czy to nie miała być skorupa Dziesięcioogoniastego? - zdziwiła się.
- To jest skorupa Dziesięcioogoniastego - przytaknął Kapłan. - Nie wiedziałaś, że Mędrzec Sześciu Ścieżek stworzył ogoniaste bestie z Istoty Wyższej? - zapytał. W odpowiedzi pokręciła tylko przecząco głową. - Mędrzec był potężnym człowiekiem... a właściwie tylko po części człowiekiem. Jakby się tak nad tym zastanowić, to był całkiem podobny do ciebie, więc powinnaś rozumieć, o czym mówię. Potrafił otwierać portale do Wymiaru Wyższego i był w stanie w nim przebywać. Panował nad Istotami Wyższymi, a nawet nauczył je pewnego rodzaju ogłady i wytresował je, rozwijając ich intelekt, dzięki czemu znamy dziś inteligentne bestie żyjące w tym świecie pod nazwą Ogoniastych. Mędrzec zauważył, że Dziesięcioogoniasty jest użyteczny jako broń w walce, ale sam w sobie jest zbyt dziki i zbyt nieokiełznany, żeby zacząć z nim pracować i go rozwijać. W gruncie rzeczy to była zwykła Istota Wyższa kontrolowana jego siłą woli, więc nie ma się, czemu dziwić. Niemniej, Mędrzec wpadł na dobry pomysł podzielenia energii Istoty na dziewięć części kreując przy tym mniejsze, bardziej stabilne formy energii nazywanej przez niego chakrą, nad którymi łatwiej było mu panować - streścił.
- Nie miałam pojęcia, że Ogoniaste pochodzą od Istot Wyższych... - szepnęła zdumiona wbijając w niego spojrzenie wielkich jak spodki do herbaty oczu.
- Ilość energii, którą noszą w sobie Istoty jest właściwie przyczyną tego, jak się zachowują. Kiedy ludzie słyszą głosy w głowie nazywani są schizofrenikami i też zachowują się dziwnie, nierzadko agresywnie. Podobnie jest z Istotami. Ich natura jest destruktywna i przecząca sama sobie, gdyż jedna jej część chce zrobić jedną rzecz, inna drugą. Ciężko jest zapanować nad bytem, w którym aż gotuje się od związanych ze sobą w supeł w pełni rozwiniętych i inteligentnych, ale ogarniętych frustracją osobowości, które próbują uwolnić się od siebie nawzajem i rzadko kiedy współpracują ze sobą w zgodzie - wyjaśnił. - Kiedy jednak je rozdzielisz, możesz zyskać kilka pomniejszych, ale łatwiejszych do kontrolowania bytów - podsumował.
- Czy posąg Gedou nie potrzebuje chakry Ogoniastych, żeby utrzymać Madarę przy życiu i przekazać mu swoją energię? - zapytała.
- Owszem, jednak nie wydaje mi się, żeby Madara bawił się w łapanie bestii. Żadna z nich ostatnio nie zniknęła w żaden niewyjaśniony sposób, a na to akurat mam oko. Słyszałem jednak, że Madara wszedł w posiadanie Bashōnen oraz Benihisago, które niegdyś należały do Mędrca Sześciu Ścieżek. Były to jego cenne narzędzia, które później weszły w posiadanie braci Gin i Kin z Kumogakure, którzy zostali pożarci przez Kyuubiego. Gurda i wachlarz nasiąknęły chakrą Dziewięcioogoniastego, kiedy bracia przebywali w jego żołądku żywiąc się jego wnętrznościami do czasu, dopóki ten ich nie zwrócił.
- Apetyczna opowiastka... - westchnęła.
- Ludzie już tacy są - wzruszył ramionami.
- A my to niby jesteśmy lepsi? - prychnęła. 
- Chciałbym wierzyć, że tak - odetchnął głęboko, zapatrując się w niebo. - Choć gdybym faktycznie był w stanie to zrobić, to byłbym nikim innym jak naiwnym głupcem, który oszukuje samego siebie - wyznał.

*** 

Shisui odzyskał nareszcie przytomność na dłuższy czas. Zawiadomiony o tym jego kuzyn pospieszył mu z wizytą, aby przekonać się, jak miewał się ranny. Niestety, Teleporter miewał się kiepsko. Nie tyle nawet fizycznie, co psychicznie. Trzeba było przyznać, że ciężko przyjął do wiadomości informację o tym, że został pozbawiony prawego oka, którego nie udało się odratować, a wraz z nim możliwość używania Susanoo. Zazwyczaj radosny i pełen energii chłopak siedział teraz smętny na swoim posłaniu wpatrując się w białe prześcieradło tak, jakby zaraz miała mu się objawić na nim jakaś wielka tajemnica. Był mrukliwy i nie chciał za bardzo się z nikim widzieć. Wpuścił jedynie długowłosego do swojej sypialni, jednak nie był zbyt rozmowny. Odpowiadał jedynie głębokimi mruknięciami i przeciągniętymi monosylabami na pytania głowy rodu nie będąc zainteresowanym kontynuowaniem rozmowy.
Itachi poważnie zmartwił się stanem kuzyna. Obawiał się, że utrata oka może zostawić głęboką bliznę na jego psychice, która już nigdy nie wróci do swojego poprzedniego stanu. Mógł go jednak zrozumieć. Sam przecież jeszcze nie tak dawno temu znalazł się w bardzo podobnej sytuacji i rozumiał starszego jak nikt inny. Domyślał się, o czym ten mógł myśleć, czego mógł się obawiać. Niemniej, mimo to wciąż nie wiedział, jak go pocieszyć. Bo w końcu stała się tragedia. Pytanie zatem, co z tym fantem zrobić dalej? Bo sprawy tej nie można było przecież tak zostawić. 
Po kilkunastu minutach Shisui wyprosił go tłumacząc się, że jest już zmęczony i chce się z powrotem położyć. Lider klanu uszanował jego wolę i wrócił do swojego pokoju, gdzie rzucił się ciężko na łóżko i jęknął cierpiętniczo, zakrywając przedramieniem oczy. Pieprzony Danzou! Czy ta cholera musiała tyle napsuć przed swoją pieską śmiercią? Brunet miał wrażenie, że kolejne nieboskłony zawalały mu się na głowę jak stare, przegniłe stropy raz za razem. Wszystko szło nie tak. Najpierw Shirmura i jego plan anihilacji jego rodziny, durna oferta "współpracy" Nejiego, problemy z Chiką, pojawienie się Isamiego i depresja Teleportera. Co jeszcze? Pominął coś? Ach tak, rewolucja polityczna w wiosce i abdykacja Hokage. Czy potrzebował jeszcze czegoś do szczęścia?
W ostatnim czasie czuł się tak cholernie zmęczony, jak jeszcze nigdy. Jego przeciążony, ciągle pracujący na zdecydowanie zbyt wysokich obrotach, przegrzany umysł miał serdecznie dość i zdawało się, że zaczął już zwalniać, poddawać się, gdyż w innym wypadku prawdopodobnie ugotowałby się na twardo. Miał dość. Chciałby, żeby choć raz rzeczy zaczęły iść po jego myśli, tak jak powinny. Miał dość wiatru, który wciąż wiał mu w oczy, przez co teraz zebrały się w nich łzy, choć nigdy by się do tego przed nikim nie przyznał. Nawet sam przed sobą.
Czuł się bezradny. Co on mógł na to wszystko poradzić? W końcu był tylko człowiekiem. Małą, słabą jednostką postawioną naprzeciw masie problemów i wrogów. Co z tego, że został okrzyknięty mianem geniusza? Geniusze też się męczą. I mogą mieć gorszy dzień.
Przewrócił się na bok i przymknął powieki. Wciąż usilnie próbował znaleźć rozwiązania spraw, które potrzebowały i domagały się jego uwagi, jednak im dłużej myślał, tym bardziej utwierdzał się tylko w przekonaniu, że nie ma absolutnie nic, co mógłby zrobić, żeby polepszyć sytuację, w której znalazł się jego klan i bliscy. Miał wrażenie, że tytuł lidera stał się nagle przytłaczający tak jak jeszcze nigdy wcześniej - że jest zbyt ciężki, żeby go udźwignąć, dlatego powinien z niego w ogóle zrezygnować. No bo nie oszukujmy się, gdzie doprowadził swoich krewnych? Ciągnął ich przez jakieś bezdroża problemów i wymagających sytuacji wymuszających na nich stalowe nerwy, poświęcenie i sporą dozę wiary w to, że kiedyś nadejdą nowe, lepsze dni, kiedy ich codzienność znów stanie się łatwa i przyjemna. Nic tylko powinszować, nie?
Mikoto właśnie skończyła wieszać pranie na zewnątrz i wracała już z pustym koszem krocząc po nienagannie wypolerowanych deskach werandy. Zatrzymała się na moment przy niedomkniętych drzwiach prowadzących do pokoju jego starszego syna. Itachi zawsze szczelnie zasuwał za sobą drzwi prowadzące od korytarza, ale lubił i często przesiadywał na tarasie wpatrując się w ogród, przez co czasem zostawiał uchylone drzwi do środka. Zajrzała tylko kontrolnie przez szparę między framugą, żeby upewnić się, że wszystko było w porządku. Może jej syn był już dorosły, jednak nie zmieniało to faktu, że ona wciąż pozostawała jego matką i martwiła się, i dbała o niego jak o nikogo innego. Matczyny instynkt kazał jej przezornie sprawdzić czy jej najstarsza latorośl nie potrzebowała przypadkiem jej pomocy.
O jakie było jej zdziwienie, kiedy dostrzegła własną pociechę unoszącą dłoń zaciśniętą w pięść do twarzy i ocierającą wilgotne oczy. Itachi leżał na łóżku i wyglądał, jakby pozwolił sobie na popołudniową drzemkę, jednak definitywnie nie spał. Leżał tylko z zamkniętymi powiekami, a na jego bladej twarzy malował się ucisk i ból. Pani Uchiha nie mogła przejść wobec czegoś podobnego obojętnie. Odstawiła pusty kosz na pranie na bok i pozwoliła sobie rozsunąć drzwi, wchodząc do pokoju syna, który był tak pogrążony we własnych myślach, że nawet jej nie usłyszał. Nie zareagował i nie ruszył się z miejsca, dopóki ta nie usiadła na materacu obok niego i położyła dłoń na jego ramieniu. Wtedy dopiero drgnął jak rażony prądem i wbił w nią zaskoczone spojrzenie wielkich, tak jak domniemała, wilgotnych oczu.
- Co się dzieje? - zapytała z troską w głosie.
- Nic - zbył ją. Jak zwykle. Długowłosy nigdy nie był zbyt rozmownym dzieckiem. Nosił w sobie wiele sekretów i tajemnic. Zdecydowanie zbyt wiele sekretów i tajemnic jak na swój wiek. - Głowa mnie rozbolała i musiałem się na chwilę położyć. Już mi lepiej - dodał widząc jej zmartwioną minę.
- A ty naprawdę myślisz, że możesz odprawić mnie z takim tanim kłamstwem? - pokręciła z niedowierzaniem głową. - Jestem twoją matką. Widzę, kiedy jest z tobą coś nie tak - podkreśliła. - Zatem słucham. Co nie daje ci spokoju? - zapytała, jednak nie doczekała się odpowiedzi. - Jeśli myślisz, że wymigasz się od rozmowy, mój drogi, to grubo się mylisz - pogroziła mu palcem. Zaraz jednak wyraz jej twarzy na powrót złagodniał i przyciągnęła go do siebie zamykając go w objęciach. Zdziwiony chłopak pozwolił sobie bezwładnie oprzeć się na jej ramieniu. - Przecież wiesz, że chcę ci pomóc - pogłaskała go po głowie.
Itachi przez chwilę bił się z samym sobą, ale ostatecznie dał za wygraną. Westchnął ciężko, a jego drżący oddech wskazywał na to, że tym razem był naprawdę bliski łez. Odetchnął kilka razy głęboko, żeby się względnie uspokoić. W tym czasie Mikoto czekała cierpliwie i gładziła go uspokajająco po głowie i plecach.
- To... chyba dla mnie zbyt wiele - wydusił z siebie w końcu z trudem. - Nie daję sobie rady... - wyznał. - Wszystko się sypie. Wszystko leci mi z rąk. Nie mam nad niczym kontroli... - przełknął z trudem przez zaciskające się wbrew jego własnej woli gardło.
- O czym ty mówisz, kochanie? - dopytywała. - Co rozumiesz pod pojęciem "wszystko"? - próbowała go lepiej zrozumieć.
- Ja... Po prostu nie nadaję się na głowę rodziny - odezwał się przyciszonym głosem. - Wszystko idzie nie tak. Wszystko się wali. Wciąż muszę polegać na innych i prosić o ich pomoc. Nie daję sobie rady... - powtórzył.
Kobieta złapała go za ramiona i odciągnęła od siebie, żeby spojrzeć w jego twarz wykrzywioną w grymasie udręki i rozczarowania własną osobą.
- Itachi, na litość wszystkich bożków Wysokiej Równiny! - zawołała. - O czym ty mówisz, dziecko? - spojrzała na niego z niedowierzaniem. - A coś ty sobie myślał? Że wszystko będziesz załatwiał sam jako lider klanu? - odgarnęła jego przydługie włosy, które opadały mu na twarz. - Nasz klan jest naprawdę liczny i silny. Cieszymy się dużą sławą, ale te wszystkie przymioty okupione są także znaczną ceną. To jest właśnie powód, dla którego potrzebujesz zaufanych przyjaciół i ich wsparcia - pouczyła go. - Nie ma w tym nic złego, że polegasz na innych. Oczywiście musisz wybierać rozważnie, na kim chcesz się oprzeć, jednak współpraca jest nieunikniona. Nie dasz rady udźwignąć wszystkiego sam niezależnie od tego, jak bardzo byś się starał - uświadomiła go. - Poza tym, rzeczy od czasu do czasu idą nie po naszej myśli. To normalne. Nie wszystko jest idealne na tym świecie, ale trzeba nauczyć się to akceptować i jakoś z tym żyć. Nie możesz wymagać od siebie perfekcji i pełnej niezależności, bo inaczej się wyniszczysz - przestrzegła. - Pomyśl o Hokage. Hokage to lider wioski. Jest twoim odpowiednikiem w naszej rodzinie. Czy Hokage pracuje sam? Nie. Ma doradców, współpracuje z innymi kage i mieszkańcami wioski, rozdziela zadania wśród podwładnych - wymieniała. - Czy naprawdę myślisz, że jedna osoba byłaby w stanie sprostać wszystkim wyzwaniom, które stawia zadanie opieki i stanie na straży wioski? Czy uważasz, że zawsze wszystko idzie perfekcyjnie według planu? - spojrzała mu głęboko w oczy. - Sam przecież dobrze wiesz z doświadczenia, z misji, że coś czasem idzie źle, coś nas zaskoczy. Takie rzeczy się zdarzają. Grunt, żeby potrafić się dopasować i zmienić plan tak, żeby wpisywał się w nowe okoliczności, w których przyszło nam się znaleźć - westchnęła widząc, że nie przekonała go swoją mową. - Dlaczego mam tak nieznośnie ambitnego i niezależnego syna, który wymaga od siebie doskonałości na każdym kroku? - przewróciła oczyma. - Ostatnie chwile były dla ciebie bardzo trudne. Jesteś zmęczony. Przepracowany. Widzę to w tobie - pogłaskała go po policzku. - Poza tym, zdaję sobie sprawę, że bardzo przejmujesz się stanem i samopoczuciem Shisuiego - ponownie przyciągnęła go do siebie i objęła mocno.
- Co ja mam zrobić, mamo? - zapytał bezradnie. Kobieta myślała przez dłuższą chwilę, co mogłaby mu poradzić.
- Może porozmawiasz z ojcem? - zaproponowała.
- Z ojcem? - spojrzał na nią ze ściągniętymi brwiami, jakby był pewien, że się przesłyszał i usłyszał coś dziwnego.
- Tak, z ojcem - przytaknęła. - W końcu on też znajdywał się kiedyś w podobnej do ciebie sytuacji. Też był młody i musiał oswoić się z trudami nowej funkcji - przypomniała mu. - Nie mówię, że to pewnik, ale możliwe, że będzie w stanie ci coś poradzić. Może opowie ci coś, o czym nie mówił ci nigdy wcześniej ze względu na obowiązki, które niegdyś pełnił, a które teraz ty po nim przejąłeś - zasugerowała.
Długowłosy zafrasował się. Nie bardzo podobał mu się ten pomysł. Nigdy nie był w dobrych relacjach z ojcem. Fugaku zawsze wydawał mu się być surowy, oziębły i daleki. Wymagał tak jak przełożony i rzadko kiedy okazywał uczucia. Wydawało mu się także, że w czasie, kiedy Itachi zaczął decydować o sobie i zaczął przejawiać swoje tak różne motywy i przekonania do tych, które wyznawał jego ojciec, między nimi powstała gigantyczna przepaść. Wąwóz, kanion nie do przeskoczenia. Stali się niemal wrogami politycznymi. Nie rozmawiali prawie wcale. Mijali się obojętnie na korytarzach ich rezydencji, jedli wspólne posiłki w ciszy, choć i tak rzadko zdarzało się, żeby wspólnie zasiadali do stołu. Rozmawiali ze sobą jedynie podczas wcześniej wytyczonych, wyznaczonych w kalendarzach obydwu mężczyzn wieczornych spotkań, podczas których syn składał raporty byłej głowie klanu jako podwójny agent ANBU.
Nie lubił przebywać z Fugaku. Jego własny ojciec wydawał mu się niemal obcą, a jednocześnie tak nieprzychylną osobą. Zawsze starał się trzymać przed nim fason. A teraz co? Miałby do niego iść po radę? Przyznać się, że nie wie, co robić? Już chyba wolałby zostać oskórowany. I nie chodziło tu nawet o jego dumę, bo Itachi wcale nie był z gatunku ludzi, którzy mieli w zwyczaju się puszyć. Chłopak zwyczajnie bał się reakcji ojca. Fugaku potrafił być okrutny i nieprzewidywalny. Ale przede wszystkim był nieustępliwy jak nikt inny. Jeśli uznałby własnego syna za zbyt słabego na piastowaną pozycję, mogłaby zacząć się chryja. Co zrobiłby były lider? Ciężko zgadnąć. Niemniej, starszy z jego synów dość smętnie przewidywał, że własny rodzic mógłby nawet zacząć rozważyć opcję wyklęcia go z rodziny za okazaną słabość. W końcu to Fugaku. Człowiek-statua - człowiek, na którym Itachi wzorował się, kiedy trenował swoją własną maskę obojętności. Zdawało mu się jednak, że nigdy nie udało mu się doścignąć ojca, gdyż były komendant policji zawsze zachowywał się w ten oschły, charakterystyczny dla siebie sposób, podczas gdy jego latorośl potrafiła jedynie udawać. Zdarzało się, że Itachi tracił swój temperament i stoicki spokój. Nie zdarzało się to zbyt często, ale jednak. Dla przykładu, taka Ochida potrafiła czasem wyprowadzić go z równowagi i sprawić, że zaczynał gadać głupoty...
Naprawdę nie chciał widzieć się z ojcem, ale musiał przyznać, że pomysł zasugerowany przez Mikoto wcale nie był głupi. Właściwie był całkiem niezły i logiczny tylko problem polegał na tym, że za cholerę niewygodny.
Ale w życiu chodzi o coś więcej niżby tylko o nasz komfort. Czasem trzeba zmusić się do działania i wyjść poza sferę własnego komfortu, żeby coś osiągnąć. I najwyraźniej to właśnie "czasem" zamieniło się dla długowłosego w nieprzyjemną teraźniejszość, której musiał stawić czoła.

*** 

Isami całkowicie zmienił swoje podejście. Zachowywał się inaczej. Bliżej mu było do Miyabiego niżby do poprzedniej wersji samego siebie. Nie odstępował jasnowłosej na krok i zajmował ją rozmową, trzymając blisko siebie, mimo iż wcześniej nie był przesadnie rozmowny. Odganiał nieproszonych gości ciężkim niczym nagrobkowa płyta spojrzeniem, kiedy ktoś domagał się uwagi lidera klanu. Nie przejmował się tym, że posłańcy zazwyczaj przychodzili z formalnymi sprawami. Mieli zniknąć. Nie przeszkadzać. Nie wchodzić mu w drogę. Kapłan nie był wcale ani nieprzyjemny, ani wyniosły, ale wystarczyło samo jego spojrzenie, żeby przeciętnego człowieka przeszły dreszcze. Z tej racji domownicy nowej rezydencji Ochida żyli w umiarkowanym komforcie. Ci, którzy odebrali demoniczne nauki znali byłego pomazańca, gdyż widywali go już wcześniej podczas uroczystości w Demonicznej Świątyni. W jakiś sposób przywykli do niesłychanej, niepokojącej emanacji siły, której źródłem był wiekowy demon. Gorzej jednak było z ludźmi, którzy widzieli go pierwszy raz na oczy. Choć właściwie, jak się nad tym tak zastanowić, to pozostali też nie mieli wcale dużo łatwiej. Akceptowali Kapłana na odległość, na chwilę. Widywali go kilka razy do roku i to z daleka, bo nie każdy miał przecież prawo do ubiegania się o prywatną audiencję u tak poważanej osobistości, jaką był Isami. Teraz jednak było inaczej. Mężczyzna zdawał się chyłkiem pomieszkiwać w ich domu i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał w najbliższym czasie się wynieść. Nie wszystkim się to podobało. Siwy demon może i w większości przesiadywał z Chiką, ale jego obecność wciąż była łatwo wyczuwalna i nie trzeba było być ani uczonym w demonicznych arkanach, ani sensorem, żeby zostać przytłoczonym przez tę przerażającą kumulację mocy, która z jakiejś racji przybrała postać podobną do człowieczej. Wibracje mocy rozchodziły się od demona niczym fale sejsmiczne od hipocentrum. Przechodziły przez ściany i posadzki wprawiając je w drganie. W pomieszczeniach, które nie doczekały się jeszcze remontu, odchodziła z tego powodu stara farba ze ścian, a przemoknięte, zniszczone deski podłogi wyginały się. Pomniejsze przedmioty takie jak książki na półce czy zastawa stołowa nabrały nagle dziwnego nawyku przemieszkania się i spadania ze swoich oryginalnych miejsc. Zdarzało się, że mężczyzna wręcz przyciągał do siebie pewne rzeczy, które ruszały w ślad za nim, kiedy ten minął jakiś stół czy krzesło, a nawet cały regał czy komodę. Wszystkie te subtelne, choć z czasem coraz bardziej doskwierające przypadłości świadczyły o tym, że Isami znalazł się w miejscu, które nie było dla niego przeznaczone i które nie potrafiło poradzić sobie z potęgą, którą wokół siebie roztaczał, nawet jeśli nie robił niczego specjalnego. Aż strach pomyśleć, co by się mogło stać, gdyby jednak zdecydował się użyć swoich mocy - jak zareagowałaby na to cienka, papierowa rzeczywistość, która nadawała się do utrzymania ciężaru ludzkich bytów, ale tych innych, potężniejszych już niekoniecznie. Zakłócona, wygięta rzeczywistość napinała się jak guma, na końcu której ktoś przyczepił masywny ciężarek. Rozciągała się, deformowała, stawała się coraz cieńsza. Wraz z upływającym czasem traciła swoją sprężystość, która pozwalała jej wrócić do swojego oryginalnego kształtu. 
A co się stanie, kiedy ciężarek pozwoli sobie nieco zbyt długo radośnie dyndać na końcu gumowej tasiemki?
Demon nie przejmował się. Zdawał się nie zauważać tych drobnych mankamentów, których przysparzała jego obecność mieszkańcom domu. Ale symptomy z czasem przybierały na sile. Ludzie zaczynali skarżyć się na doskwierające, powracające migreny, niektórych zaczynało nawet mdlić. Dzieci stały się apatyczne i bez energii. W nocy większość domowników nawiedzały niespokojne, niepokojące sny lub koszmary, które spędzały im sen z oczu. Stracili apetyt. Shinobi nie wypoczywali i nie odzyskiwali zdrowia po zakończonych misjach. Ochida stali się jeszcze bledsi niż normalnie, niemal sini na twarzach z trawiącej ich zgryzoty, której nie wypadało im wyprosić z własnego domu. Bo w sumie strach było nawet pomyśleć, co by się stało, gdyby pozwolili sobie na taki brak szacunku. Jeszcze objawy przypominające grypę żołądkową zamieniłyby się w czarną ospę lub coś równie paskudnego...
Daichi wypełniała swoje obowiązki, choć nikomu nie umknęło, że obecność byłego pomazańca definitywnie ją rozpraszała i wpływała na jej tempo podejmowania decyzji. Dziewczyna zapominała o pewnych sprawach, o których trzeba było jej przypominać, a na jej rozkazy niekiedy trzeba było czekać nawet dniami. Nie przeszkadzała jej jednak obecność demona. Była do niej przyzwyczajona, więc nie odczuwała żadnych skutków ubocznych. Nie zwracała uwagi na takie drobiazgi jak samoistnie przesuwające się przedmioty, gdyż jej towarzysz był wystarczająco absorbujący. Douczał ją, radził, opowiadał ciekawe historie, słuchał o jej przeżyciach i pozwalał jej otworzyć się, zrzucając z siebie brzemię w postaci wszystkich zadr i zawiści, jakie nosiła w sercu. A w chwilach, kiedy zdawało się, że naprawdę powinna była już coś zauważyć, odwracał jej uwagę sięgając po cięższą artylerię. Przyciągał ją do siebie, zamykał usta pocałunkiem, tak, że nawet jeśli udało jej się coś dostrzec kątem oka, to nie miała szansy o nic zapytać. Przesuwał zmyślnie dłońmi wzdłuż jej barków lub pleców, kładł dłoń na jej głowie i przeczesywał palcami włosy, a następnie wywierając lekki nacisk na jej kark potrafił sprawić, że posłusznie kładła się na jego kolanach niczym oswojony, ugłaskany smok. Ktoś jednak musiał w końcu otworzyć jej oczy na kwestie, na które tak bardzo pragnęła pozostać ślepa. Z czystego wygodnictwa.
Michio był starszy od niej o dwa lata, jednak wyglądał, jakby był młodszy o co najmniej pięć. Daleki kuzyn Chiki charakteryzował się wątłą posturą i urodą dziecka. Nie cieszył się także wzrostem koszykarza, co tylko utwierdzało w mylnym przekonaniu, że wciąż był tylko podlotkiem. W istocie Michio był jednak całkiem biegłym specem w temacie demonicznych arkanów. Był niebezpieczny, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądał jak chuderlawy nastolatek. W jego dziecięcym wyglądzie tylko jego oczy wyróżniały się z daleka - zimne i bezlitosne niczym stłuczone, butelkowe szkło i w identycznym kolorze. Zdradzały jego przyziemność i opanowanie, a także wszechstronną ogładę i mądrość, którą wchłonął przez lata trenując w piwnicach rezydencji demoniczne sztuki oraz przesiadując w bibliotece nad grubymi księgami. 
- Daichi-sama, z całym szacunkiem, ale musimy porozmawiać - zapukał do sypialni przełożonej doskonale zdając sobie sprawę, kto dotrzymuje jej tam towarzystwa.
- O co znowu chodzi? - zapytała rozleniwiona dziewczyna nie fatygując się nawet, żeby otworzyć drzwi.
- Chciałbym porozmawiać z panią na osobności - odezwał się z naciskiem.
- Czy to nie może poczekać do następnego posiedzenia?
- W żadnym wypadku - niemal warknął. Usłyszał za drzwiami małą krzątaninę.
- No puść mnie, no! - jęknęła. - To zajmie tylko chwilę... Ała, nie pozwalaj sobie! - syknęła ostrzegawczo, po czym w końcu rozniosły się upragnione kroki, a zaraz potem drzwi stanęły otworem. - Co się dzieje? - zapytała, opierając się o framugę, jednocześnie poprawiając przekręcone ubranie.
Michio wymownie cofnął się kilka kroków w tył. Kunoichi westchnęła ciężko, po czym zamknęła za sobą drzwi i spojrzała na niego wyczekująco.
- Chodzi o czcigodnego Isamiego - przeszedł od razu do sedna. - Możesz sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jego obecność tutaj wyrządza nam coraz więcej szkody - darował już sobie kurtuazyjne tytułowanie głowy rodziny per pani, gdyż dobrze wiedział, że sama Chika nie była zwolenniczką podobnej tradycji. - Kapłan został objęty "aresztem domowym" w Świątyni nie bez powodu. Isami nie tylko jest jej strażnikiem, ale także potężnym demonem, który oddziałuje na otoczenie, w którym się znajduje. Nie musi nic robić, wystarczy, że tu przebywa, a rzeczy zaczynają przybierać dziwnego obrotu - wyjaśnił.
- Co masz na myśli? - zmarszczyła brwi w niezrozumieniu.
- Demoniczna Świątynia jest chroniona barierą energetyczną ze względu na to, żeby nikt jej nie zniszczył i nie zrabował, ale także właśnie ze względu na Kapłanów, którzy "nasiąkają" energią z Wyższego Wymiaru i promenują nią na duże odległości. Większość istot z tego wymiaru nie radzi sobie z tym, co pochodzi z równoległego. Wyższy Wymiar jest dla nas trujący i to dlatego Kapłani potrzebują tyle lat nauki i praktyki, żeby przyzwyczaić swoje organizmy do tej destruktywnej siły, żeby nauczyć się nad nią panować. Sama zapewne wciąż pamiętasz, jak podtrułaś się wyziewami z otwartego portalu podczas walki z Amane - wypomniał jej.
- No tak, ale...
- Jeszcze nie skończyłem - przerwał jej. - Ty jesteś przyzwyczajona do jego obecności. Ponad to, twój poziom tolerancji emanacji z Wyższego Wymiaru wzrósł po tej pamiętnej walce. Niestety, nie wszyscy tutaj są na to tacy odporni. Lub co nawet ważniejsze, nasza rzeczywistość nie jest nawet na tyle odporna, żeby móc przez dłuższy czas bez konsekwencji znosić obecność byłego Kapłana, szczególnie takiego, który pełnił czynną posługę przez tak długi czas - zaznaczył. Zaskoczona zielonooka wbiła w niego pytające spojrzenie niemo nakazując, żeby rozwinął swoją myśl. - Tak jak już mówiłem, tereny Świątyni są strzeżone barierą. Tutaj jej nie ma. Isami tyle razy przebywał w Wymiarze Wyższym, że ma zapewne już więcej wspólnego z nim niż z naszym wymiarem - założył. - Nasza rzeczywistość jest zbyt delikatna, żeby udźwignąć ogrom jego energii. Z tej racji zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Przedmioty same się poruszają, ludzie obawiają się go, zaczynają chorować... na razie nie jest to jeszcze nic krytycznego, ale z czasem będzie tylko gorzej - przestrzegł. - Tym bardziej, że po pewnym czasie zmiany staną się już nieodwracalne.
- Więc Isami ma już wrócić do siebie? - upewniła się.
- Tak by było dla wszystkich najlepiej - przytaknął. - Zdaję sobie sprawę z waszej relacji - kontynuował. - Wiem jednak, że wasze zażyłości to nie jedyna przeszkoda, która będziesz musiała sforsować, żeby się go pozbyć. On najprawdopodobniej nie będzie chciał odejść - odezwał się pewny swego. - Przynajmniej nie bez ciebie - jego wzrok stał się jeszcze ostrzejszy; do tego stopnia, iż niemal ranił jej skórę. Jasnowłosa miała ochotę aż syknąć, kiedy kuzyn taksował ją tak nieprzyjemnym spojrzeniem. - A na to nie możemy sobie pozwolić. Nie możemy go jednak także dłużej gościć, bo w krótkim czasie to może odbić się na stanie naszego klanu. Wyobrażam sobie, że wyproszenie go w kulturalny sposób, tak, żeby mu się nie narazić graniczy niemal z cudem, ale nie takich cudów już dokonywałaś - jego ton głosu zdradzał, że tu nie było pola do manewru. Kunoichi została postawiona przed faktem dokonanym. Dostała polecenie do wykonania. - Wierzę, że sobie poradzisz. W innym wypadku wszyscy będziemy mieć przechlapane - skwitował, po czym skinął jej głową w minimalistycznym geście pożegnania i odszedł w swoją stronę.
Dziewczyna westchnęła i ociągając się wróciła z powrotem do swojego pokoju, gdzie wciąż czekał na nią główny zainteresowany. 
- Wszystko słyszałem - zakomunikował jej. - A ten dzieciak to wiedział. Ma tupet, trzeba przyznać - prychnął, jednak nie wyglądał na szczególnie przejętego, poruszonego czy nawet rozgniewanego. Przywołał ją do siebie ponownie gestem ręki. Ochida wróciła do niego, pozwalając objąć się ramieniem i pocałować w czubek głowy. - I co? Wyrzucisz mnie? - zapytał z lekka rozbawiony.
- A mam jakieś inne wyjście? - spojrzała na niego zmęczona.
- Oczywiście, że masz - uśmiechnął się wymownie, a jego oczy ponownie rozbłysnęły blaskiem płynnego złota. 
Nie była do końca przekonana czy faktycznie byli ze sobą tak blisko, że potrafili niemal bezbłędnie czytać ze swoich wyrazów twarzy, czy Isami posługiwał się jakąś sztuczką wlewając jej do głowy to, co chciał jej bezpośrednio przekazać. Tym razem płynne złoto przelewające się w jego tęczówce szumiało niczym ospałe, metaliczne morze o tym, żeby zapomniała o doczesnych troskach, żeby z tym skończyła i rzuciła się w jego niezbadane tonie. Żeby odeszła z nim, tak jak przewidywał Michio. Nie musiała go odprawiać. Zamiast tego mogła wyprawić się z nim w kolejną podróż.
Wpatrując się tak w jego oczy czuła ciepło i poczucie bezpieczeństwa, jakich zdawało jej się, że zawsze szukała. Niemniej, on wciąż nie prosił o jej rękę. Jeszcze nie. Wciąż się wstrzymywał. Czekał na coś. Na co? Mogła tylko zgadywać. Na to, aż w końcu przekona ją do siebie na tyle, że będzie widział w jej własnych, zielonych oczach opętańczą potrzebę jego bliskości? Aż w końcu upewni się, że nie będzie potrafiła się już dłużej bez niego obejść? Że mu na pewno nie odmówi?
A kto mógł zgadnąć, co siedziało w głowie na wpół szalonemu byłemu pomazańcowi?
- Wiedziałeś - rzuciła oskarżająco mając na myśli problemy, o których doniósł jej kuzyn.
- Wiedziałem - przyznał bez cienia skruchy.
- Dlaczego nic mi zatem nie powiedziałaś? - spojrzała na niego z ukosa. 
- Nie chciałem cię martwić - rozłożył ręce. - Poza tym, nie ma, czym się przejmować. Wszystko jest pod kontrolą. Wiem, ile czasu mogę tu zabawić i na jak wiele mogę sobie pozwolić - zapewnił. - Póki co nic się nie dzieje.
- Michio twierdzi inaczej - zauważyła.
- Więc istnieje zatem możliwość, że dobrze by było, gdybyś zaczęła się porządnie zastanawiać - rzucił lekko. - Nigdy nie chciałem wywierać na ciebie presji czasu. Mnie się nie spieszy. Mam czas. Ale inni może nie mają go znowu aż tak wiele - uśmiechnął się niewinnie, a ona dopiero w tym momencie zrozumiała, o co mu chodziło.
A więc on się nie spieszył. Przyszedł do niej, wspomógł, dał oparcie niczego w zamian nie wymagając. Wszystko ma jednak swoją cenę. W tym wypadku Kapłan siał ciche i dyskretne zniszczenie wśród jej ludzi, którego ona nie była świadoma. Cudownie. Niejako dał jej ultimatum. Musiała w końcu podjąć decyzję czy zostanie z nim, czy też nie. Miała całe lata na podjęcie ów decyzji, ale teraz miarka się przebrała i koniec z tą pasywną postawą. Demon zgrywał cierpliwego, miłosiernego Jizo, ale powoli zaczynał tracić cierpliwość. To tłumaczyło wszystkie jego zmiany w ostatnim czasie. Trzeba było wybrać jedną z opcji. W określonym czasie, gdyż inaczej jej krewni mogli zacząć cierpieć z powodu jej niezdecydowania. 
Michio stwierdził, że prawdopodobnie potrzeba byłoby cudu, żeby wyprosić Isamiego z ich domu. I w sumie miał rację. Kiedy spoglądała tak na niego, wiedziała, że on nie odejdzie z własnej woli. Nie, póki nie da mu odpowiedzi. Mimo iż on wciąż nie zapytał. Znając jego przebiegłość i zdolności obserwacyjne zapyta dopiero, kiedy będzie już niemal pewien, że narzeczona mu nie odmówi. Szczwany lis.
Zagryzła wewnętrzną stronę policzka. A więc kuzyn w istocie oczekiwał od niej dokonania następnego cudu nie bacząc na absurdalność swojego wymagania. Kazał jej pozbyć się Kapłana, a jednocześnie pozostać na stołku, który obecnie okupywała. Problem polegał jednak na tym, że wszystko wskazywało na to, że tylko jedna z tych opcji była dostępna. Wóz albo przewóz. Siwy demon zdawał się mieć jednak rację. Im więcej robisz dla innych, tym więcej oni potem od ciebie oczekują. Aż z czasem zaczynają wymagać nawet niemożliwego. To się nazywa sprawiedliwość. Masz tu psie w podzięce za twoją wierność i oddanie!
Westchnęła ciężko.
- Szarlatan - wyzwała mężczyznę, krzyżując ręce na piersi.
- Tylko demon, skarbie - zapewnił z promiennym uśmiechem na ustach, po czym ponownie przyciągnął ją do siebie, tym razem do pocałunku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz